Prezydent Donald Trump wyrządził niemal niewyobrażalne szkody rządowi federalnemu i mechanizmom kontrolnym mającym na celu powstrzymanie korupcji, ale jak ujawnili w tym tygodniu na łamach The Hill dwaj prawnicy, jego "najpoważniejszymi ofiarami" jest kluczowa grupa pracowników, o której niektórzy mogli nawet nie słyszeć.
Opublikowany w niedzielę rano artykuł z The Hill pochodzi od Davida Wippmana, emerytowanego prezydenta Hamilton College, i Glenna C. Altschulera, emerytowanego profesora studiów amerykańskich imienia Thomasa i Dorothy Litwin na Cornell University. W artykule autorzy powtarzają powszechne przekonanie innych prawników, że Trump w swojej drugiej kadencji niszczy etyczne mechanizmy kontrolne wprowadzone wokół prezydentury w następstwie afery Watergate.
"Te reformy zostały uchwalone dużymi, ponadpartyjnymi większościami i podpisane przez prezydentów obu partii. Ustawa o Inspektorach Generalnych umieściła niezależne organy nadzoru, które miały przetrwać zmiany administracji, wewnątrz każdej głównej agencji federalnej, aby wykorzenić oszustwa, marnotrawstwo i nadużycia oraz zgłaszać swoje ustalenia szefom agencji i Kongresowi" – szczegółowo opisali Wippman i Altschuler. "Ustawa o etyce w rządzie utworzyła biuro nadzorujące programy etyczne w władzy wykonawczej i zapobiegające finansowym konfliktom interesów. Ustawa o reformie służby cywilnej wzmocniła ochronę sygnalistów w rządzie federalnym."
Kontynuowali: "Pięćdziesiąt lat po aferze Watergate prezydent Trump zignorował, podważył lub zniszczył niemal każdy z tych mechanizmów kontrolnych. W tym procesie uczynił konflikty interesów łatwiejszymi do ukrycia, sygnalistów mniej skłonnymi do zgłaszania nieprawidłowości, a oficjalne nadużycia trudniejszymi do zidentyfikowania, nie mówiąc już o ich powstrzymaniu."
Jest jedna grupa pracowników federalnych, która w tej kadencji została szczególnie dotkliwie uderzona przez gniew Trumpa i którą autorzy uznali za jego "najpoważniejsze ofiary": inspektorzy generalni, których były prezydent Jimmy Carter nazwał kiedyś "być może najważniejszymi narzędziami w walce z oszustwami".
Inspektorzy generalni mają za zadanie audytować pracę różnych agencji rządu federalnego, wypatrując potencjalnych przypadków marnotrawstwa, oszustw, nadużyć lub jakichkolwiek innych nieprawidłowości, w tym działań graniczących z przestępstwem. Trump usunął ponad tuzin tych pracowników na początku swojej drugiej kadencji, mimo że jego administracja twierdzi, że bezwzględnie walczy z "marnotrawstwem, oszustwami i nadużyciami".
"Kiedy prezydent Ronald Reagan zwolnił 15 inspektorów generalnych w 1981 roku, traktując ich jak inne nominacje polityczne, ponadpartyjny sprzeciw zmusił jego i jego następców do szanowania ich roli i niezależności" – wyjaśnili autorzy. "Jednak piątego dnia swojej drugiej kadencji Trump zwolnił 17 z nich w nocnej czystce, w tym w Departamentach Obrony, Stanu, Sprawiedliwości, Zasobów Wewnętrznych, Budownictwa i Rozwoju Miast oraz Spraw Weteranów, nie zapewniając wymaganego prawem wcześniejszego powiadomienia ani merytorycznego uzasadnienia Kongresowi. Sędzia federalny orzekł, że zwolnienia były bezprawne, ale odmówił przywrócenia zwolnionych osób. Od tego czasu administracja zwolniła lub zmusiła do odejścia co najmniej czterech kolejnych inspektorów generalnych, pozostawiając ponad 70 procent zatwierdzonych przez Senat stanowisk inspektorów generalnych nieobsadzonych, i zaproponowała cięcie ich łącznych budżetów o 23 procent."
Później podsumowali: "... wydaje się jasne, że reformatorzy z lat 70. nie przewidzieli prezydenta tak gardzącego normami etycznymi, Kongresu tak uległego, Sądu Najwyższego tak skłonnego do ustępstw ani społeczeństwa tak obojętnego na polityczną korupcję i osobiste korzyści prezydenckie. Pytanie, przed którym stoją dziś wyborcy, brzmi, czy rozumieją prawdziwą lekcję Watergate: że utrzymanie demokracji wymaga jasnych zasad etycznych i instytucji na tyle silnych, by je egzekwować, nawet gdy prezydenci tego nie zrobią."

